CZYTELNIA

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Newsletter

DODAJ DO ULUBIONYCH

Reklama

PRZYPOWIEŚĆ O KSIĘCIU - Jan Raudner

Działo się to dawno, albo nie tak znów bardzo dawno temu.

W dalekim, albo bliskim kraju żył sobie w dostatku i bez trosk pewien młody książę, a może nawet królewicz. 

Był już całkiem dorosły i posiadł wiele życiowych mądrości, ale ciągle nie dawał wiary trzem oczywistym (dla wielu) prawdom.

 

Nie wierzył, że istnieją prawdziwe wyspy,

 

nie wierzył, że istnieją prawdziwe księżniczki,

 

i nie wierzył, że istnieje Bóg - bo tak go nauczył jego ojciec - król całkiem dużego królestwa.

 

Pewnego dnia książę wybrał się w ważną podróż do ościennego, nieco mniejszego państwa. Kiedy dotarł nad morze, wysiadł z karety i dalej poszedł pieszo wzdłuż brzegu. Czas płynął szybko, lub mijał powoli, a książę wędrował brzegiem morza dalej i dalej, być może, aby odpocząć, być może, dla rozrywki.

Nagle zauważył, że z wody wyłaniają się mniejsze i większe obszary porośnięte soczystą zielenią, niekiedy bajecznie kolorowe, jakby kobiercem kwiatów pokryte. Podziwiał książę grę kolorów i podobało mu się to dziwne morskie zjawisko. I nawet nie przyszło mu do głowy, że to mogą być prawdziwe wyspy - bo przecież prawdziwe wyspy nie istnieją!

 


W pewnym momencie spostrzegł, że po tym czymś, pięknym i kolorowym, co się tak niespodzianie feerią barw z morza wynurzyło, pląsają lekko i zwiewnie jakieś piękne istoty.

Przystanął i patrzył na nie w zachwycie, ale do głowy mu nie przyszło, że mogą to być prawdziwe księżniczki. Potem powędrował książę dalej, brzegiem morza, by podziwiać coraz to inne i jeszcze piękniejsze widoki.

 

Aż w pewnej chwili zauważył stojącego tuż  nad wodą, starszego człowieka, którego wygląd trochę go zadziwił.

Człowiek ten ubrany był bardzo elegancko, w odświętny frak, a rękawy fraka - wbrew etykiecie - były nieco podwinięte.

Książę podszedł do tego człowieka i pokłoniwszy się z wielkim szacunkiem (jako że książę, pomimo że ważnym był księciem, dobre otrzymał wychowanie), przemówił:

- Szanowny panie i dobry człowieku - zwrócił się książę do starszego człowieka ubranego w odświętny frak - czy możesz mi powiedzieć, co to jest, to co tak kolorowo i soczyście zielono wynurza się z wód tego morza?

- Oczywiście - odpowiedział starszy człowiek - to coś, to co tak kolorowo i soczyście zielono wynurza się z wód tego morza, to prawdziwe wyspy.

- A te lekkie i zwiewne istoty, które tak wdzięcznie pląsają po tych wyspach? - zapytał książę starszego człowieka ubranego w odświętny frak z dziwnie podwiniętymi rękawami.

- Te lekkie i zwiewne istoty, które tak wdzięcznie pląsają po tych wyspach, to prawdziwe księżniczki - odpowiedział starszy człowiek ubrany w odświętny frak.

- Hm... - zamyślił się głośno książę  i rzekł po chwili: - skoro istnieją prawdziwe wyspy, skoro istnieją prawdziwe księżniczki, to musi też istnieć prawdziwy Bóg.

- Tak, masz rację - powiedział starszy człowiek ubrany w odświętny frak - skoro istnieją prawdziwe wyspy, skoro istnieją prawdziwe księżniczki, musi też istnieć prawdziwy Bóg.

- A gdzież mogę znaleźć tego prawdziwego Boga? - zapytał książę.

- Nie musisz go wcale szukać - odpowiedział starszy człowiek ubrany w odświętny frak - ja nim jestem.

Zdziwił się młody książę ogromnie i jednocześnie zaniepokoił, a tak naprawdę, to chyba czuł w tym momencie pustkę w głowie i jakiś żal niepojęty. Tak piękne rzeczy istnieją w rzeczywistości i tak niedaleko, a on ich dotąd nie widział!

Wierzył, że ojciec, potężny i mądry król wielkiego i ważnego królestwa, mówił mu prawdę. A on, książę, dobrze wychowany, posiadający dobre maniery, on, następca króla tego wielkiego i ważnego królestwa, wierzył w to, co mówił mu ojciec.

 

Wierzył, że nie ma prawdziwych wysp,

 

że nie ma prawdziwych księżniczek

 

i że nie ma prawdziwego Boga.

 

Bo tak mu przecież powiedział jego mądry ojciec. I, być może, zdawało się księciu, że stracił wiele lat swojego życia.

Po chwili zadumy pośpiesznie ruszył w kierunku orszaku oczekującego na jego powrotu. (Wszak każdemu księciu udającemu się w podróż do kraju ościennego - i do każdego innego także - towarzyszy orszak, orszak złożony z wielu ludzi: z wojowników i żołnierzy, sług wszelkiego rodzaju oraz towarzyszy i przyjaciół.)

Książę wsiadł szybko do karocy i polecił wieźć się, co koń wyskoczy, do króla - ojca. Być może, dotarł do rodzinnego zamku wczesnym rankiem. Pospiesznie wysiadł z karety i ruszył biegiem przez komnaty, by jak najprędzej powiedzieć ojcu o swoim odkryciu. A kiedy tak biegł przez niezliczone pokoje, pęd powietrza rozwiewał jego książęcą pelerynę (każdy książę w tych czasach nosił przecież - a zwłaszcza wtedy, kiedy udawał się w dalszą podróż - piękną, ozdobioną haftami i drogocennymi klejnotami pelerynę), która coraz to zahaczała o halabardy krzepkich i groźnych strażników pilnujących każdych drzwi królewskiego pałacu. Halabardnicy zaś, z szacunkiem otwierali  księciu każdą kolejną komnatę, kłaniając się i oddając mu należne honory. I dobiegł był książę do swego ojca, króla potężnego i liczącego się w świecie królestwa.

Król akurat spożywał śniadanie; być może, jadł w owym czasie jajko na miękko i świeżą chrupiącą bułeczkę - jako że kucharza miał przedniego - i wysłuchiwał najnowszych, dobrych nowin z królestwa. Czyli na pewno w dobrym był humorze.

Książę, stanąwszy przed swoim ojcem, z entuzjazmem, ale zarazem z pewną nutą pretensji w głosie, powiedział:

- Szanowny ojcze, królu potężnego i liczącego się w świecie królestwa, dowiedz się, że będąc w kraju ościennym, widziałem na własne oczy:piękne, kolorowe, pokryte soczystą zielenią prawdziwe wyspy, a na tych wyspach pląsające lekko i zwiewnie prawdziwe księżniczki i spotkałem też prawdziwego Boga. A ty mi mówiłeś, że nie ma prawdziwych wysp ani prawdziwych księżniczek, ani prawdziwego Boga. Mam wrażenie, że straciłem wiele lat mojego życia, wierząc w to, co mi powiedziałeś. A tymczasem, prawdziwe wyspy, prawdziwe księżniczki i prawdziwy Bóg - istnieją!

- Bzdura - odpowiedział ojciec, król potężnego i liczącego się w świecie królestwa - prawdziwe wyspy nie istnieją, prawdziwych księżniczek nie ma, nie mówiąc już o prawdziwym Bogu! A poza tym, skąd się wzięły twoje dziwne przywidzenia?! Mówisz, że spotkałeś prawdziwego  Boga - kontynuował ojciec, mówiąc całkiem już podniesionym głosem - jak wyglądał ten prawdziwy Bóg? Możesz mi powiedzieć?

Książę, zbity nieco z tropu gromkim głosem ojca, powiedział:

 -Ten Bóg, to starszy pan, którego spotkałem na brzegu morza. Włosy miał nieco przyprószone siwizną,  a ubrany był uroczyście, w odświętny frak.

- Ha - powiadasz - starszy pan ubrany uroczyście w odświętny frak? Stał na brzegu morza, kiedy go spotkałeś? - powiadasz - i  to ma być ten Bóg?!A może jeszcze ten człowiek, uroczyście ubrany w odświętny frak, miał rękawy odświętnego fraka - wbrew etykiecie - nieco podwinięte? - zapytał ojciec, król potężnego i liczącego się w świecie królestwa.

W tym momencie, książę, oczyma swojej wyobraźni zobaczył całkiem wyraźnie owego, wcześniej spotkanego starszego człowieka, ubranego w odświętny frak, którego rękawy - wbrew etykiecie -  były nieco podwinięte. Prawda, że już wtedy, nad morzem zdziwiło go to trochę, ale później pod wpływem wielu nowych wrażeń, szczegół ten umknął jego uwadze.

- Tak ojcze - powiedział książę - rękawy tego odświętnego fraka były nieco podwinięte. Szczegół ten uszedł był mojej uwadze, ale teraz dokładnie to sobie  przypominam.

- Ha! - krzyknął gromko król - to oczywiste, i o tym powinieneś już wiedzieć: ten starszy człowiek to nie Bóg, tylko całkiem zwyczajny czarodziej!Czarodzieje zawsze mają podwinięte rękawy - i po tym ich można rozpoznać! To on cię zaczarował tak, że widziałeś prawdziwe wyspy, że widziałeś prawdziwe księżniczki i że widziałeś w nim Boga.

 

Prawdziwe wyspy - nie istnieją.

 

Prawdziwych księżniczek - nie ma.

 

Nie ma też prawdziwego Boga.

 

W tym momencie książę poczuł złość: jak ten starszy człowiek, zwykły czarownik, śmiał go okłamać, a na dodatek jeszcze zaczarować! Jego, księcia (!), następcę tronu  potężnego i liczącego się w świecie królestwa!  I zamierzając natychmiast ukarać śmiałka, pożegnał się z ojcem pospiesznie, wsiadł do karocy i rozkazał jechać, co koń wyskoczy, do ościennego królestwa.

Wkrótce dotarł nad morze. Wysiadł z karocy i pobiegł, a może pojechał konno, wzdłuż brzegu. I znowu widział wyłaniające się z wody mniejsze i większe obszary porośnięte soczystą zielenią, niekiedy bajecznie kolorowe, już wiedział, że to tylko czary, mrzonki wyobraźni, wiedział, że to, co widzi, w rzeczywistości nie istnieje. Dostrzegł też te piękne i zwiewne istoty, pląsające wdzięcznie po tym czymś, co się tak niespodzianie feerią barw z morza wynurzyło, wiedział, że to tylko wytwór jego wyobraźni, efekt niedobrych czarów. W końcu dotarł do miejsca, w którym spotkał ponownie starszego człowieka, ubranego uroczyście w odświętny frak. Od razu zauważył, że rękawy tego fraka są -  wbrew etykiecie - nieco podwinięte. Donośnym głosem, w którym wyraźnie pobrzmiewała nuta zawodu i rozżalenia, książę zawołał:

-  Człowieku, nie jesteś Bogiem! Jesteś zwykłym czarodziejem - mój ojciec, król potężnego i liczącego się w świecie królestwa niedawno mi to powiedział!  Wiem teraz, że podwinięte rękawy twojego odświętnego fraka właśnie o tym świadczą!

- Tak - odpowiedział starszy człowiek - jestem tylko zwyczajnym czarodziejem, ale wyspy wynurzające się z wód tego morza są prawdziwe i te księżniczki piękne i zwiewne, też są prawdziwe. I prawdę mówiąc, w twoim potężnym, liczącym się w świecie królestwie też są prawdziwe wyspy i prawdziwe księżniczki. Jednakże twój ojciec, pan tego potężnego i liczącego się w świecie królestwa, jest również potężnym czarodziejem! Zaczarował cię i nie widzisz piękna, które jest obok ciebie.

Książę, gdy to usłyszał, poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg. Ojciec jest czarodziejem?  - myślał - w moim kraju też istnieją prawdziwe wyspy i prawdziwe księżniczki? Zaczarował mnie ten oto czarownik, zaczarował mnie mój własny ojciec, który także jest czarownikiem?? Pełen zwątpienia wrócił do karocy i rozkazał jechać szybko, co koń wyskoczy, do rodzinnego zamku.

Być może, dotarł tam znowu wczesnym rankiem, bo droga była daleka. Być może, biegnąc przez komnaty, zaczepiał peleryną o halabardy halabardników z uszanowaniem otwierających przed nim drzwi. Ale na pewno, kiedy książę dotarł przed oblicze swojego ojca, króla potężnego i liczącego się w świecie królestwa, był już bardzo zdenerwowany i pełen zwątpień. ?Co jest prawdziwe? Co jest prawdą?? - pytał sam siebie nieustannie. I nie zważając na dworską etykietę, zbyt głośno i niecierpliwie (nie tak jak królewskiemu synowi przystoi), książę zawołał:

- Ojcze pokaż mi swoje rękawy!!!

Król, jak to królowie mają w zwyczaju, nosił płaszcz podbity sobolim futrem. I kiedy ten płaszcz odrzucił, okazało się, że rękawy jego królewskiego ubrania - były podwinięte sporo, co wskazywało na to, że potężnym był czarodziejem!

Dla księcia, który to zobaczył, stało się oczywiste, że jego ojciec także jest też czarodziejem. Ten starszy człowiek, ubrany w odświętny frak miał rację!

- To wszystko jest bez sensu - powiedział książę pełen oburzenia - ty też jesteś  czarodziejem! I ty, mój ojcze, i On; obaj, próbowaliście na mnie swoich czarów...Teraz nie wiem, co jest prawdą, a co jest złudzeniem! Moje życie nie ma sensu!! Nie chcę więcej żyć!!!- krzyczał książę.

A jako że ojciec, król potężnego i liczącego się w świecie królestwa, potężnym był czarownikiem, więc szybko wymówił zaklęcie i na framudze drzwi komnaty wyczarował śmierć. Kiedy książę nagle zobaczył ową śmierć, a  wyglądała ona zdecydowanie paskudnie i odrażająco, przestraszył się i zrobił coś niespodziewanego dla samego siebie.

 

CO ZROBIŁ KSIĄŻĘ ? 

 

Książę podwinął rękawy swojego ubrania i od tej pory sam sobie wyczarowuje najprawdziwsze wyspy, najprawdziwsze księżniczki i wszystko, co tylko zechce i na co ma ochotę. 

 

Czego i Tobie i WAM życzę !!!!!!!!      

 

Jan Raudner

 

do góry