CZYTELNIA

SZKOLENIA

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Newsletter

DODAJ DO ULUBIONYCH

facebook

Nalanda

UCIECZKA Z ILUZJII

 
 
 
 
 
W listopadzie 2004 roku poproszono mnie o przetłumaczenie warsztatów Bruce’a Moena. Po pierwszym dniu zajęć w Warszawie odwiozła mnie do domu dziewczyna, do której od razu poczułam dużą sympatię. Odniosłam jednocześnie wrażenie, jakby nasze spotkanie nie było wcale przypadkowe. Nie była zbytnio zainteresowana ezoteryką, zdecydowała się wziąć udział w zajęciach, ponieważ straciła bardzo bliską jej sercu osobę. Zwierzyła mi się, prosząc o dyskrecję, że towarzyszem jej życia był zmarły tragicznie kilka miesięcy wcześniej znany dziennikarz, korespondent wojenny. Niezwykły i ceniony przez wszystkich człowiek. Zaproponowałam rozmowę z Brucem. Jednak w trakcie warsztatów nie było zbyt wiele czasu. Trzeciego dnia dziewczyna nie pojawiła się na zajęciach. Rozpoczęliśmy grupowe badania. Podczas relacji z jednej z sesji zdarzyło się coś niezwykłego. Jeden z uczestników, Jurek, ze wzruszeniem opowiedział, że w trakcie niefizycznej wyprawy bezwiednie odłączył od swojej grupy. Znalazł się w studio telewizyjnym, gdzie spotkał tego właśnie dziennikarza, który wręczył mu duże czerwone serce prosząc o przekazanie drogiej mu osobie. Jurek nie miał pojęcia o co chodzi. Na szczęście miałam numer telefonu do „tego kogoś” i mogłam natychmiast podzielić się niezwykłą informacją, w którą mnie samej było trudno uwierzyć.

Długo rozmawiałyśmy, okazało się, że mój zmarły dziesięć lat temu ojczym spoczywa na tym samym cmentarzu, co ten mężczyzna. Następnego dnia pojechałyśmy tam razem. Cmentarz jest naprawdę ogromny, równie wielki było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że ich groby znajduję się w odległości około 100 metrów od siebie.


Warsztatom Bruce’a towarzyszy wiele podobnych przypadków, zbiegów okoliczności, stało się to już dla nas czymś zupełnie naturalnym. Wciąż jednak trudno w to wszystko uwierzyć.

To, czego uczy Bruce nie powinno być jednak kojarzone wyłącznie z kontaktami z Tamtą Stroną, odzyskiwaniem dusz zmarłych. Dzięki temu, czego doświadczamy podczas warsztatów Bruce’a mamy szansę wyzwolić się z iluzji oddzielenia, z więzienia naszych skostniałych systemów przekonań, mamy szansę odzyskać siebie samych. Kluczem jest tu bezpośrednie doświadczenie. Przykładem niech będzie poniższa, autentyczna relacja jednej z uczestniczek warsztatów Bruce’a (zawarta również w ostatniej wydanej w Polsce książce Bruce’a” Świadome podróże w niefizyczne światy”). Więcej takich relacji, również z warsztatów w Polsce można przeczytać na forum dyskusyjnym oficjalnej strony internetowej Bruce’a, które od niedawna prowadzone jest również w języku polskim.


Joanna Mądrzak



Janice odzyskuje dwa aspekty

Janice uczestniczyła w warsztatach w Bostonie. Desperacko pragnęła skontaktować się ze swoim mężem Joey'em, który popełnił samobójstwo. Chciała zrozumieć czemu to zrobił. Jocy był uzależniony od narkotyków. Po ślubie zaczął ją maltretować. Kontrolował każdy aspekt jej życia, stosował przemoc, zagrażał jej i dzieciom. Po jego makabrycznej Śmierci Janice najbardziej obawiała się, że miłość, którą jej wyznawał była jedynie kłamstwem. Podczas warsztatów Janice podczas każdego ćwiczenia pracowała z Pomocnikiem, o imieniu Wendy. Bardzo dobrze się z nią czuła. Oto opis jej doświadczenia.

Ciężko jest mi pisać o tym, co się wydarzyło, jestem nadal w trakcie procesu i może minąć jeszcze wiele czasu zanim uświadomię sobie wszystkie konsekwencje mojego doświadczenia. Jest we mnie wiele sprzecznych emocji. Bywam smutna, za chwilę wściekła, zgubiona, pełna wątpliwości, zdenerwowana. Jest we mnie niepokój i zamęt.

W końcu zrozumiałam, o co chodzi w eksploracjach. Przygotowałam się do kolejnego ćwiczenia odzyskiwania swojego własnego aspektu, usiadłam na podłodze otoczona nowymi przyjaciółmi. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć, co mówił Bruce na początku ćwiczenia. Tak naprawdę to nic z tego nie pamiętam. Pamiętam jedynie swoje doświadczenie. Pamiętam, że poprosiłam o przybycie swoich przewodników i pomoc w odzyskaniu mojego aspektu. Nie miałam pojęcia, co to NAPRAWDĘ oznaczało, czułam się więc komfortowo i byłam bardzo otwarta na wszystko, cokolwiek się działo.

Nagle znalazłam się z powrotem w domu, siedziałam przy stole. Rozejrzałam się i spostrzegłam Johna, przewodnika, który towarzyszył mi w poprzednich ćwiczeniach. Był on bardzo nieuchwytny. Nagle Johny zamienił się w Donny'ego, jednego z uczestników warsztatów! Zapytałam go, co tutaj robi i uśmiechnęłam się z zadowoleniem. W odpowiedzi uniósł brwi, wzruszył ramionami. Wendy siedziała dokładnie po przeciwnej stronie niż Donny. Miała na sobie ten sam fioletowy strój co poprzednio. Jak zwykle nie odzywała się ani słowem. Ok, więc chodźmy powiedziałam.

Poprosiłam, żebyśmy wyszli z mieszkania przez salon, żeby nie niepokoić dzieci. Weszliśmy na balkon, Wendy i John/Donny wzięli mnie za ręce. Ruszyliśmy do przodu. Bałam się, że spadnę w dół. Mieszkam na drugim piętrze! Gdy tylko zdałam sobie sprawę, że dryfujemy w powietrzu nad ziemią pomyślałam, że w sumie może to być niezła zabawa.

Zmierzchało się, była już prawie noc. Z góry widziałam całą okolicę naszego domu! Kiedy jednak zdałam sobie sprawę z tego, gdzie idziemy trochę mnie zamurowało. Płynęliśmy nad drzewami, prawie jak wrony, w kierunku domu, w którym mieszkałam razem z Joey'em. Wyprowadziłam się stamtąd od razu po jego śmierci. „Zaczekajcie, nie chcę tam iść! Boję się tego miejsca!” Krzyknęłam. Przewodnicy nawet nie zareagowali, popychali mnie do przodu w stylu Piotrusia Pana. To było naprawdę takie niesamowite, leciałam sobie jak ptak, cudownie wolna!

Nie wiem, w jaki sposób wytłumaczyć nagłą zmianę emocjonalna jaką poczułam. Wylądowałam na mojej werandzie, czułam się radosna i szczęśliwa, a po chwili zdenerwowana i bardzo ZANIEPOKOJONA! Nie fruwaliśmy już beztrosko. Szliśmy teraz schodami w dół, prosto do piwnicy. John/Donny i Wendy nie musieli już trzymać mnie za ręce. Instynktownie wiedziałam, co powinnam robić.

Silnie czułam, że musze się spieszyć, że zmierzam do celu. Szybko rozejrzałam się dookoła. Zobaczyłam małą dziewczynkę. Mogła mieć osiem, dziewięć, lub dziesięć lat. Leżała na zimnej kamiennej podłodze, zwinięta w pozycji płodowej. Miała na sobie czerwoną pelerynę z kapturem. Podobną do tej, którą miała na sobie Wendy, tylko czerwoną. Przykucnęła chcąc się ukryć. Ja jednak widziałam ją dokładnie. Kątem oka spoglądała spod kaptura. Udało mi się dojrzeć zarys jej twarzy. To była MOJA twarz! O RANY! Podbiegłam do niej, wiedziałam, że musze zabrać ją ze sobą. Zaczęła uciekać! Znowu zgłupiałam! Nie chciałam jej stracić, ale obawiałam się, że jeśli będę robiła coś na siłę, przestraszę ją tak bardzo, że ucieknie. „Nie, proszę nie uciekaj. Nie zrobię ci krzywdy. Jesteś częścią mnie, a ja jestem częścią ciebie! Tak bardzo chcę, żebyś poszła ze mną, proszę! PROSZĘ! Powiedziałam tak łagodnie, jak tylko potrafiłam. Nie dałam jej nawet możliwości świadomej zmiany decyzji, chwyciłam ją po prostu za rękę. Wtedy usłyszałam głos Bruce'a. Mówił, żeby szukać wejścia, drzwi. Ja jednak już wcześniej zauważyłam okno. Zdecydowałam, że to będą moje drzwi. Otworzyłam je. Było wypełnione biało-żółtym światłem. Nagle poczułam, że w całym domu i naszej posiadłości było więcej moich aspektów. Ogarnął mnie wielki smutek.

Serce bolało mnie na myśl o stracie tak pięknej i pełnej życia części mnie samej. Jednocześnie radośnie wyśpiewywałam całą miłość do niej, do tej małej dziewczynki. Radość jaka przepełniała mnie z powodu jej odzyskania. Cała byłam pogrążona w emocjach! Czułam łzy na twarzy. Szlochałam. Ból w sercu był nie do zniesienia. Wróciłam z powrotem do sali, na warsztaty, nadal pod niezwykle silnym wrażeniem tego odzyskania. Powstrzymywałam szloch, żeby nie niepokoić grupy. Skoncentrowałam się znowu na dziewczynce i moich Przewodnikach. Wendy, John/Donny, ja i dziewczynka złapaliśmy się za ręce i wyjrzeliśmy przez okno, na pogrążony w nocy ogród otaczający dom. WSZĘDZIE czułam obecność swoich aspektów! O BOŻE! Co za okropne uczucie. Okropne, bo wiedziałam, że nie pozbieram ich wszystkich. Czułam się tak, jak gdybym chciała w jednej chwili uratować z pożaru wszystkich, których najbardziej kocham. Wszystkich równocześnie, w tym samym momencie. Jednocześnie wiedząc, że nie może się to udać i będę musiała część z nich utracić! To było jak tortury! Jednak musiałam dokonać jakiegoś wyboru.

Bardzo silnie poczułam czyjąś obecność na tyłach ogrodu, przy drzewach. Udałam się w tym kierunku i znalazłam ją. Była moją dorosłą wersją. Siedziała, w głębi wyrastającego z ziemi korzenia drzewa, który uformował się niczym krzesło. Parę stóp poniżej nabrzeża prowadzącego do głębokiego wąwozu. Były tam tylko drzewa i ciemność. Wciągnęłam ją w górę, na trawnik. Stałyśmy tak w trójkę, ja i dwa moje aspekty. John/Donny i Wendy byli obok. Byłam pogrążona w emocjach, w żalu, radości i tysiącu innych uczuć, których nie wyrażę żadnymi słowami, choćbym próbowała tysiąc lat. Mała dziewczynka i dorosła ja rozwarły dłonie i wyciągnęły je w moim kierunku. W świetle księżyca ujrzałam, że każda z nich miała w dłoni piękną, doskonałą perłę. Wiedziałam, że te perły były częścią mojego serca, którą one dla mnie zatrzymały. W jednej chwili przeszyły mnie równocześnie uczucia miłości, nienawiści, goryczy, radości, wolności i zniewolenia.

Przyjęłam ich podarunek. Wzięłyśmy się za ręce. Nasze dłonie złączyły się w jedną całość. Z ziemi pomiędzy nami, aż do samego nieba wystrzelił wielki promień białego światła. W tej eksplozji miłości wszyscy, łącznie z Wendy i Johnem/Donnym obejmowaliśmy się bez końca. Dwie istoty, które była mną samą po prostu wtopiły się we mnie.

Nic więcej nie pamiętam. Myślę, że po prostu nie mogłam już dłużej czekać. Moje oczy otworzyły się a serce eksplodowało. Nie mogłam złapać oddechu i byłam pogrążona w BÓLU! Musiałam wyjść z sali i to szybko.

lak cicho jak to było możliwe przeszłam obok innych uczestników, którzy jeszcze kontynuowali swoje doświadczenie. Pobiegłam do łazienki i szlochałam bez końca.

Jak mogłam pozwolić, żeby Joey mi to robił? To była pierwsza reakcja. Jak mogłam pozwolić zadać sobie tyle bólu? Tak wiele, że w efekcie straciłam dwie wspaniałe części mnie samej? Byłam tak bardzo przybita konsekwencjami tego, co się stało. Nie mogłam tego sobie ot tak wyobrazić! Na pewno tego nie wymyśliłam! To wydarzyło się naprawdę. Wstrząsnęło to mną do głębi duszy. Czułam jak gdybym rozpadała się na kawałki! Wyszłam na powietrze, w desperackiej nadziei, że zdołam się opanować.

Zimna listopadowa noc w Nowej Anglii. Było mi tak smutno. Setki pytań w głowie. Jak? Czemu? Jak? Jak mogłam pozwolić, żeby to się wydarzyło? Co teraz zrobię z resztą moich aspektów, które tam zostały? A jeśli było ich tam więcej? Jak mogę je wszystkie odnaleźć? Jak ja to zniosę? O mój BOŻE! Jak Joey mógł mnie tak bardzo skrzywdzić? Jak mógł mnie tak skrzywdzić, potem powiedzieć, że mnie kocha i w końcu zabić się? Jak mógł pozostawić mnie samą, taką opuszczoną? Jak Bóg mógł do tego dopuścić?

Płakałam zużywając kolejne chusteczki. Zaczęły się pojawiać odpowiedzi. Jak to się mogło stać? Musiałam porzucić te części mnie samej. Nie było innego sposobu, żeby przetrwać w tym związku. Pamiętam jak bardzo czułam się zagubiona w obliczu przemocy, która narastała w Joey'u pod wpływem uzależnienia od narkotyków. Wiedziałam, że nigdy nie byłabym w stanie opuścić moich dzieci. Musiałam w jakiś sposób uciekać przed słownym i fizycznym maltretowaniem. Biegłam do piwnicy, płakałam błagając go, żeby przestał. Krzyczałam do Boga o pomoc. O Boże, czułam się wtedy nic nie warta i chciałam umrzeć! Sprawiał, że czułam się tak okropnie, a ja mu na to pozwalałam! Kiedy by się to skończyło? Ile jeszcze byłam w stanie znieść? Zrozumiałam, że ta mała dziewczynka z piwnicy, to była moja Niewinność. Pamiętam dzień, kiedy wspinałam się z powrotem po schodach do piwnicy, czując, na co się narażam, wiedząc, że nie mam innego wyjścia, bo go kochałam. Mała dziewczynka zabrała cześć mojego serca i chroniła mojej niewinności.

Drugą dziewczynę znalazłam dokładnie w tym samym miejscu, w którym kolejnym razem schroniłam się przez napadem.

Pamiętam jak dziś, tak bardzo chciałam, żeby Joey pomyślał, że uciekłam. Wyprowadziłby się wtedy, a ja mogłabym zabrać dzieci i naprawdę uciec. Pamiętam, że nie mogłam wtedy zrozumieć, jak mogłam dać się do tego stopnia zniewolić. Nie rozumiałam, jak mogę nadal go kochać. Nie rozumiałam jak to wszystko mogło się dziać. Nic z tego nie rozumiałam.

Wiedziałam tylko, że jestem tak bardzo samotna i opuszczona. Bałam się. Nie jestem pewna, co oznaczały perły, ale czuje, że jest to coś, co jeszcze zostanie odkryte i zintegrowane we mnie. Czuję, że ma to jakiś związek z wolnością, która pojawiła się w moim życiu po tym odzyskaniu. Ta wolność trzyma mnie przy życiu i pozwala otworzyć się na kolejne zmiany, choć panicznie się ich boję.

To doświadczenie wstrząsnęło moim światem. Od tego momentu odczuwam niepokój. Chcę się wyprowadzić, zacząć wszystko od początku, opuścić miejsce, w którym ludzie widzą mnie tylko taką jaka jestem teraz, a nie jaką byłam. Chcę odnaleźć resztę swojego życia.

Tłum. Joanna Mądrzak

tekst ukazał się na łamach miesięcznika Czwarty Wymiar